USS Phoenix
Logo
 Informacje o odcinku
 
Serial:Voyager
Tytuł:Equinox (I)
 
Numer sezonu:5
Numer odcinka:26
Data premiery w USA:26-05-1999
 
Reżyseria:David Livingston
Scenariusz:Joe Menosky
Muzyka:Jay Chattaway
 
Ocena odcinka:9.8
Liczba oceniających:257
Oceń w skali 1 - 10:

Opis

Voyager spotyka inny okręt Federacji w Kwadrancie Delta, USS Equinox, którego dowódca nie szanuje jednak Pierwszej Dyrektywy...



Streszczenie

Tytułowy Equinox (z ang. równonoc) to okręt typu Nova. Jednostka badawcza z niewielką załogą (ok. 80 osób), ograniczonymi zapasami i niską prędkością przelotową znajduje się w mocy Caretakera podobnie jak Voyager. Z początku kapitan Ransom (w tej roli John Savage, aktor znany m.in. z "Łowcy Jeleni") podejmuje podobną decyzję co Janeway. Ciężka sytuacja nie zmienia podstaw tego w co wierzy on i jego załoga. Nawet 70 tysięcy lat świetlnych od Ziemi (150 lat podróży z maksymalną prędkością warp 8) wciąż są załogą Gwiezdnej Floty. Niestety, sytuacja Equinoxa pogarsza się z czasem. Brak odpowiedniego wyposażenia, zapasów i uzbrojenia powoduje, że nawet zwykła zaradność i geniusz oficerów Floty nie wystarczają. Straż Krowtonańska, pierwsza potęga militarna, którą spotyka Equinox odmawia im zgody na przekroczenie ich terytorium. Od tej chwili rozpoczyna się 5 lat piekła (przypomina to wczesniejszy, znakomity odcinek VOY: "Year of hell"). Kapitan Ransom decyduje, iż czas na zmianę taktyki. Zamiast otwarcie stawiać czoła wszystkim przeciwnościom postanawia rozluźnić stopniowo dyscyplinę na okręcie i iść na skróty. Powołując się na przepisy Floty przyjmuje, iż aby doprowadzić swą załogę szczęśliwie do domu może zrobić wszystko. Kiedy załoga Equinoxa natyka się na nieznane formy życia i odkrywa, że zwłoki przedstawicieli tego gatunku pozwalają na zwielokrotnienie efektywności napędu warp, Ransom nie waha się wykorzystać tę okazję. Załoga, dzięki technologii przyzywania i zabijania istot, pozyskuje cenne "paliwo". Nikt jednak nie zastanawia się nad moralnymi implikacjami tych czynów. Każdy stara się wykonać swój kawałek zadania. Niestety, sprawy przestają być czyste i bezbarwne, kiedy obcy odkrywają zbrodnię Equinoxa i rozpoczynają długotrwały atak na okręt i jego załogę. Dosłownie w ostatniej chwili z pomocą przybywa Voyager. Ransom z radością przyjmuje pomocną dłoń kapitan Janeway. Oficerowie Voyagera nieświadomi zbrodni jakiej dopuściła się załoga Equinoxa pragną pomóc w walce z tajemniczym napastnikiem. Ransom delikatnie sonduje janeway i odkrywa, że nie ma szans, by ta okazała zrozumienie dla jego praktyk i postanawia położyć na szali wszystko. Wraz ze swymi oficerami planuje spisek, którego celem jest pozbawienie Voyagera technologii pomagającej utrzymać w ryzach gniew istot. Oczywistym staje się, iż w ten sposób przekracza cienką linię. Janeway i jej załoga powoli zaczynają rozumieć, że w konflikcie winnymi nie są obcy, lecz Ransom. Tuvokowi udaje się pojmać kapitana, lecz nie na długo. AHM z Equinoxa, któremu usunięto mozliwość odróżniania dobra od zła, pomaga swemu dowódcy uciec i zrealizować pierwotny plan. Equinox ucieka z generatorem pól siłowych i uprowadzoną 7 z 9, zaś Voyager wystawiony zostaje na ataki obcych. Role się odwróciły i tym razem Voyager znajduje się w kłopotach po uszy. Ataki obcych stają się coraz gwałtowniejsze i bardziej skoncentrowane. Janeway podejmuje próby skontaktowania się z istotami i załatwienia sprawy dyplomatycznie. W sposób nader niecharaktyrystyczny dla "Star Trek" próba porozumienia zawodzi. Jedyną opcją pozostaje walka.

Recenzja

Większość fanów „Star Trek” zgodzi się chyba, że „Voyager” to serial straconych szans. Początkowo zapowiadało się dobrze. Okręt przerzucony o 70 tysięcy lat świetlnych od domu, dwie, głęboko skonfliktowane załogi, brak wsparcia ze strony Floty oraz nowe gatunki. Skończyło się tak, że podróż potrwała 7 lat, kłótnie wygasły i ostygły na wieczność w pierwszym sezonie. Flotę zastąpiły setki przyjaznych gatunków, które zamiast napaść i rozgrabić zaawansowany, opływający w luksusy okręt, wolały pokojowo pomóc i szybko się rozstać (co nie przeszkodziło Flotę jednak wprowadzić w 6-tym sezonie) a obcy ograniczyli się do „aliena tygodnia”, Hirogenów i namolnego Borga. Wypucowany, jakby prosto spod igły Voyager co tydzień przemykał po amerykańskich ekranach. Wszyscy liczyli, że serial poprawi się na pewnym etapie. Początki TNG i DS9 też były trudne. Niestety, Voyager nie tylko nie zyskał jako całość a wręcz, poprzez nadmierne epatowanie Borgiem tracił z każdym odcinkiem w oczach wielu fanów.

Na skutek „kreatywnych różnic” nie udało się pozyskać na dłużej prawie nikogo ze złotej ekipy „Deep Space 9”. Ron D. Moore napisał scenariusz do dwóch odcinków i szybko wykolegował się z szeregów ekipy „Voyagera”. Tuż przed jego dołączeniem do załogi Bradze i Bermanowi udało się jednak wyprodukować historię, której założenia i realizacja noszą na sobie znamię Moore’a. „Equinox” to historia poważna, mroczna, dająca do myślenia a przy okazji dynamiczna i trzymająca długo w napięciu. Nie obyło się oczywiście bez wad i uproszczeń, bowiem dwuodcinkowa formuła tego story arcu nie pozwoliła mu rozwinąć skrzydeł, ale i tak historia ta wybija się ponad przeciętną „Voyagera”.

Niewątpliwie zaletą „Equinoxa” jest dwuodcinkowość. Fabuła skrócona do jednego epizodu nie zadziałałaby równie silnie na widza. A o co chodzi konkretnie? O to, że USS Equinox to tak naprawdę USS Voyager. A w każdym razie taki Voyager jaki powinien być. Rzeczywistość jest taka, że Janeway i spółka stawili czoło tylu przeciwnościom, że po kilku latach okręt przypominać powinien właśnie Equinoxa. Trzymany do kupy jedynie sporą dawką silnej woli i zręczności inżynierów wrak. Na jego pokładzie zaś – osowiała, stęskniona za domem załoga, nierzadko przymierająca głodem, przetrzebiona przez choroby i wypadki. Rozumiem, jest XXIV wiek i ludzie się zmienili, ale to, że załogi okrętów Gwiezdnej Floty wypełnione są świętymi, nie oznacza, że świat na około stanie się z miejsca lepszy. Pozytywne nastawienie i miłość do obcych form życia nie zamkną wyrwy w poszyciu, nie naładują osłon. Latanie od fenomenu do fenomenu w celu zbadania okolicy, gdy jest się samotnym i zagubionym z mocno ograniczonymi zapasami zakrawa na głupotę lub skrajny optymizm. Equinox po prostu nie miał nieograniczonego zapasu torped fotonowych, promów i załogi. Jego pech.

USS Equinox to krzywe zwierciadło USS Voyager. Krzywe, lecz, o ironio, pokazujące dużo bardziej realistyczny obraz. Kapitan Ransom nie waha się przed podjęciem trudnych, bezlitosnych decyzji. Nie postuluję, by Janeway stała się kosmicznym piratem i masowym mordercą, ale znaczna ilość decyzji, które podejmowała stała w sprzeczności z regulaminem Floty, który cytuje Ransom. „W obliczu grożącej zagłady, kapitan okrętu może podjąć wszelkie usprawiedliwione działania dla zachowania życia swej załogi”. Jak zauważa Janeway, nie obejmuje to ludobójstwa, ale to doskonale wiemy. Mimo wszystko narażała niejednokrotnie dla odkryć naukowych swą załogę. Czy to się godzi?

Wracając do fabuły „Equinoxa”… Odcinek ten jest o tyle wyjątkowy, że klimat konfliktu moralnego zdaje się być zaraźliwy. Janeway i Chakotay nareszcie, chyba po raz pierwszy od odcinka pilotowego na poważnie ścierają się ze sobą. „Kawową kapitan” Ransom naprawdę wkurzył. Nikt, nawet Borg nie wpienił Janeway jak dowódca Equinoxa. I słusznie. Ransom mordując obcych splunął na wszystkie podstawowe wartości, na których ulokowany jest światopogląd Janeway, a które wyznawać powinien również i on. Co gorsza, oszukał ją, okradł i próbował zabić. Tak się nie robi. To nie po koleżeńsku. Kapitan pragnie zemsty. I tu właśnie widzimy piękno scenariusza „Equinoxa”. Mama Janeway postara się sprać Ransoma na kwaśne jabłko. W drugim narożniku mamy Chakotay’a, któremu, jako Maquis, powinno być nieco bliżej do nieortodoksyjnych metod Ransoma. Tymczasem to on właśnie naciska na dyplomatyczne załatwienie sprawy i to właśnie jego pomysł prowadzi w rezultacie do rozwiązania całego problemu. Chakotay widać nasiąknął gwiezdnoflotowymi ideałami tak bardzo, że udało mu się zachować obiektywizm w postrzeganiu spraw. Może to właśnie Janeway straciła swój obiektywizm, a może i zdrowy rozsądek? W trakcie oglądania filmu niejednokrotnie przyjdzie nam się zastanawiać, czy przypadkiem roli Janeway nie pisał ktoś, kto zupełnie nie zna jej charakterystyki. Momentami przypomina ona bardziej Khana czy też Jonathana Archera z późnych odcinków trzeciego sezonu „Enterprise”. Wydaje mi się jednak, że taka reakcja Janeway była do przewidzenia. W każdym człowieku prędzej, czy później przeleje się czara goryczy. Rozczarowanie Ransomem było tym większe, gdyż pojawienie się Equinoxa i perspektywa wspólnej podróży do domu była dla Janeway najlepszą rzeczą jaka mogła się wydarzyć. Przez pięć lat stała bez przerwy na pozycji jedynej wyroczni, osoby na której wszyscy polegają choćby się paliło i waliło. Kapitan liczyła na chwile wytchnienia. Tymczasem nic z tego.

Zatem mamy na Voyagerze nie tylko konflikt zewnętrzny (Janeway kontra Ransom) ale i wewnętrzny (Janeway kontra Chakotay). Jest już ciekawie. Szkoda tylko, że konflikt ten rozwija się wyłącznie na najwyższych szczeblach. Tu widać pewną słabość Treka jako całości. Bardzo rzadko udawało się w odcinku czy filmie zaangażować całą załogę. Szczególnie w filmach z załogą Następnego Pokolenia stało się to dokuczliwe. „Voyager” mógłby to zmienić, gdyż dano kilku postaciom duży potencjał. Sam fakt połączenia załóg Floty i Maquis dawał wiele możliwości. Liczyłem szczególnie na B’ellanę, której znajomy i przyjaciel – Pierwszy Oficer Equinoxa mógł postawić ja w nader dwuznacznej sytuacji. Niestety, ponownie okazję zmarnowano. Być może, iż półtorej godziny nie wystarczyłoby na pokazanie wszystkich wątków plus rozłamu w załodze wystarczająco obszernie. Fabuła i tak już nieco wylewa się poza ograniczenia czasowe. O ileż jednak historia byłaby ciekawsza, gdyby Maquis, podobnie jak Chakotay, opowiedzieli się za wartościami Floty zaś oryginalna załoga Voyagera sekundowałaby kapitan. Bojownicy Maquis mogliby mieć uzasadniony żal do oficerów Floty. W końcu w imię tych wartości Voyager został uwięziony w Kwadrancie Delta i wielokrotnie utrudniały im one drogę do domu. Teraz, gorliwość w odejściu od zasad 24-to wiecznego człowieka, mogłaby wzbudzić w nich wyraźny sprzeciw. Ale cóż, scenarzyści chcieli inaczej.

W pierwszym odcinku Siedem z Dziewięciu wyraziła opnię, że załoga Equinoxa stanie się dla niej doskonałą sposobnością do obserwowania ludzkości. I rzeczywiście. Ludzie ci (zauważ drogi Czytelniku, że załoga Equinoxa składa się najwyraźniej wyłącznie z ludzi!) stanowią wspaniałe studium, niestety, jak stwierdza Siedem, Ransom jest zdecydowanie złym przykładem, „inferior role model”. Wątek Siedem z Dziewięciu jest niestety drugim przykładem złej koordynacji odcinka. Jej obecność na pokładzie Equinoxa w charakterze zakładnika służyć może tylko dwóm celom – stworzenia nietypowej sytuacji miedzy nią a Doktorem (tym razem w relacji ofiara-kat zamiast uczeń-mentor) oraz umieszczeniu w scenariuszu sceny śpiewanej. Czy to wystarczające powody? Jak dla mnie nie do końca. Siedem z Dziewięciu miała być Datą „Voyagera”. Na drodze do odzyskania swojej tożsamości miała dziwić się obyczajom ludzkim. Tutaj wypowiada tylko kilka gorzkich sądów i znika… by niespodziewanie pojawić się wizji Ransoma.

Przy okazji zaprezentujmy „holodek dla ubogich” – prezent od obcych, umożliwiający przeniesienie umysłu użytkowników do generowanych komputerowo środowisk. Drobiazg ten stanowi sposób ucieczki przed przykrą codziennością załogi Equinoxa i w pewien sposób pokazuje kolejną słabość tych ludzi. Zresztą nie ma się co dziwić – dziś ludzie uciekają od rzeczywistości w różne alternatywne światy, kreowane w książkach, komputerze czy… serialach telewizyjnych. Ransom zatem pragnie odpoczynku, lecz w symulacji pojawia się niespodzianie Siedem. Nie wiemy dokładnie czym jest – przejawem sumienia, projekcją mózgu kapitana czy też jakąś częścią świadomości prawdziwej byłej drony, której ciało leży bezwładne w sali tortur. I dobrze. Oba odcinki przepełnione są już nadmierną dozą technobełkotu. Tutaj mamy niewyjaśniony motyw cyberpunkowy, który wszystkim widzom nowej „Battlestar Galactica” kojarzyć się powinien dość jednoznacznie. Ciekawe, czy Moore wykorzystał „Equinox” jako źródło natchnienia dla postaci Baltara i jego więzi z Cylonką znaną jako… Six? Jeśli tak, rozwinął on wątek, wtrącony nieco na siłę i nadzwyczaj sztucznie zamknięty. Chwała mu za to, że potrafił wykorzystać i udoskonalić coś, co panowie odpowiedzialni za scenariusz „Voyagera” potraktowali powierzchownie. Niestety, cały wątek nawrócenia kapitana Ransoma jest przedstawiony równie pobieżnie i niewiarygodnie. Na końcu prawdziwym „bad guy’em” zostaje jego Pierwszy Oficer, który konsekwentnie pragnie uciec i obcym, i Voyagerowi, ale ci pierwsi go dopadają i wysyłają w zaświaty. Ransom nie wiadomo dlaczego nie może na końcu ustawić automatycznego pilota i upiera się na pozostanie na Equinoxie by oddalić go jak najbardziej od Voyagera. Cóż, może i to było konieczne. Może nie. Faktem jest, że scenarzyści mieliby problem co z nim zrobić jako więźniem na pokładzie Voyagera… Szybkie rozwiązanie wątków całości polega głównie na zdegradowaniu i uratowanych z Equinoxa oficerów, pogodzeniu AHM i Siedem oraz (pośredniemu) przyznaniu się do błędu przez Janeway przed Chakotay’em. Brak mi tu czegoś…

Na plus niewątpliwie można policzyć warstwę wizualną odcinków. Ekipa od efektów specjalnych spisała się naprawdę dobrze – typ Nova wygląda imponująco. Ujęcia, w których widzimy okręty na orbicie planety i w trakcie walki w pełni wykorzystują możliwości (wtedy jeszcze wciąż dość ograniczone) animacji komputerowej i odchodzą od oklepanego w Treku schematu. Mostek Equinoxa to przeróbka centrum dowodzenia pokazanego wcześniej Prometheusa, ale z bardzo mrocznym posmakiem. Obcy tygodnia, Ankari, nie zachwycają, na uznanie zasługują jednak istoty nukleogeniczne. W Treku naprawdę „obcy obcy” należą wciąż niestety do rzadkości. Odcinki były nominowane do nagrody Emmy za edycję dźwięku. Muzyka jest niestety standardowa i nie wnosi nic nowego do fabuły.

Podsumowując – „Equinox” to produkcja udana jak na „Voyagera”, acz nie przesadnie wybijająca się pośród swoich braci i sióstr. Warto zauważyć, że podobne wątki były już wcześniej poruszane (np. w TOS) ale nigdy na taką skalę i nigdy z podobną dynamiką. Jeden z ciekawszych odcinków „Voyagera”, do którego można od czasu do czasu wrócić, by rozczulić się chwilę nad tym co mogło być ciekawe w całym „Voyagerze” a nigdy nie było.


Autor: "Pah Wraith"



Pliki wideo

Zwiastun odcinka (2,7 MB)




© Copyright 2001-2009 by USS Phoenix Team.   Dołącz sidebar Mozilli.   Konfiguruj wygląd.
Część materiałów na tej stronie pochodzi z oryginalnego serwisu USS Solaris za wiedzą i zgodą autorów.
Star Trek, Star Trek The Next Generation, Deep Space Nine, Voyager oraz Enterprise to zastrzeżone znaki towarowe Paramount Pictures.

Pobierz Firefoksa!